Lizbona i okolice – kwiecień 2017

20170411_122846.jpg

Żółte tramwaje, azulejos, wąskie brukowane uliczki, piękne zabytki i słońce. To o Lizbonie wiedzieliśmy z przewodników. Rzeczywistość jednak przerosła nasze oczekiwania. Miasto zachwyciło i pochłonęło nas od pierwszych chwil i trafiło do ścisłej czołówki najpiękniejszych miast, jakie widzieliśmy.

Dzień 1 – Rekonesans

Przylecieliśmy po południu i powitało nas jaskrawe słońce i 26 stopni, dość nietypowa temperatura jak na Lizbonę 10 kwietnia. Jeszcze 2 tygodnie wcześniej prognozy długoterminowe wieściły parszywe 17 stopni i deszcz przez cały tydzień naszego pobytu. Przez wszystkie osiem dni mieliśmy temperaturę w przedziale 24 – 28 stopni i ani kropli deszczu. To tyle jeśli chodzi o długoterminowe prognozy.

Drugie ogromne zaskoczenie, to lokalizacja. Tym razem korzystałem z aplikacji Airbnb i wynająłem samodzielny apartament w dzielnicy. Miejsce miało piękne zdjęcia, bardzo pozytywną opinię i świetną lokalizację w dzielnicy Mouraria, tuż obok placu Martim Moniz. Dobrze, że wynająłem zanim zacząłem czytać opinie na blogach. Okolice placu, wraz z sąsiadującą dzielnicą Intendente wielokrotnie były opisywane jako najmniej bezpieczne dzielnice Lizbony – „sami narkomani i bezdomni”, „nieudany przykład polityki multi- kulti”, a poradnik dla studentów wyjeżdżających na Erasmusa pisze „zdecydowanie odradzamy te okolice jako potencjalne miejsce zamieszkania”. Na szczęście opinie te nie potwierdzały się w sprawozdaniach z podróży konkretnych osób. Cóż, być może porady pisane były przez „prawdziwych polaków” i ich brytyjskich odpowiedników przez soczewkę ich pełnych uprzedzeń umysłów, bo rzeczywiście dzielnica jest wyjątkowo kolorowa. Niewielu tu białych mieszkańców Lizbony, za to morze Afroamerykanów, Arabów, Azjatów i Hindusów. Ta mieszanka dodawała tylko kolorytu, w żadnym razie nie wzbudzała niepokoju. Czuliśmy się tu mega bezpiecznie, na pewno bardziej niż w niektórych krakowskich dzielnicach i nie spotkało nas nic nieprzyjemnego. Pomimo rozglądania się na wszystkie strony, nie dostrzegliśmy też żadnych wspomnianych narkomanów i bezdomnych. Może wyjechali na święta.

 

Mieszkanie było położone na typowej lizbońskiej wąskiej i pnącej się stromo w górę brukowanej uliczce, gdzie wyłożone płytkami azulejos piękne kamienice sąsiadowały z odrapanymi budynkami, a wszystko upstrzone suszącym są na sznurkach praniem, tak typowym dla lizbońskich, ale też hiszpańskich miasteczek.

 

Samo mieszkanie bardzo przytulne, wyposażone we wszystko czego moglibyśmy potrzebować. Mieściło się na parterze i bez żadnego przedsionka drzwi z uliczki prowadziły prosto do salonu. Co za tym idzie, otworzenie okiennic skutkowało tym, że przechodnie nie mogli się oprzeć temu, żeby nie kuknąć do środka, więc wylegiwaliśmy się na łóżku wśród licznych spojrzeń spacerowiczów, ale szybko się przyzwyczailiśmy. Nie ma się w końcu czego wstydzićJ Okolica była cudownym labiryntem wąskich uliczek, po których jeździły zabytkowe tramwaje. Jednak lokalizacja przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Mouraria leży nad najbardziej atrakcyjnymi i zabytkowymi dzielnicami Lizbony – Alfamą, Baixą i Chiado – więc do niemalże wszystkich atrakcji i najbardziej klimatycznych miejsc (w tym górującego nad miastem zamku, pierwszego przystanku kultowego tramwaju 28, windy Santa Justa, licznych punktów widokowych, czy katedry Se) mieliśmy odległość 5 – 10 minutowego spaceru! Podobnie stacja metra, dworzec kolejowy. Trudniej wyobrazić sobie lepszą lokalizację, zwłaszcza, że sama Mouraria tak turystyczna już nie jest, więc w przeciwieństwie do pulsujących dźwiękami okolicznych dzielnic, my  nocy mogliśmy wyspać się w absolutnej ciszy. No prawie, bo każdej nocy około pierwszej odbywało się sprzątanie. Mieszkańcy wystawiają wieczorem worki ze śmieciami przed progami domów, a nocą śmieci są zbierane i pakowane na wózek, którego przejazd po brukowanych uliczkach robi spory hałas.

Po odebraniu klucza i wysłuchaniu szeregu przydatnych wskazówek od dziewczyny od której wynajmowaliśmy mieszkanie, ruszyliśmy zapoznać się z najbliższym otoczeniem. Klimat Lizbony trafił do nas momentalnie i już wiedzieliśmy, że pobyt tu będzie dla nas fantastyczny.

Dzień 2 –Alfama i Baixa – labirynty uliczek i przestronne place

No to ruszamy w miasto. Zaczynamy od najbliższych okolic i z Mourarii schodzimy do dzielnicy Baixa. Po drodze przechodzimy przez Praca de Figueira z fontannami i pomnikiem króla Jana I.

20170411_114346.jpg

Przechodząc pod łukiem de Rua Augusta lądujemy na największym placu Lizbony – Praca do Comercio zamykającym Baixę od południa. Wielka pusta przestrzeń z pomnikiem króla Józefa I otoczona z trzech stron eleganckimi budynkami, z czwartej wychodzi na rzekę Tag.

20170413_145101.jpg

Po podróży wąskimi uliczkami uderza wielka przestrzeń. Słońce praży, turyści spacerują wzdłuż nadbrzeża, uliczni artyści prezentują swój dorobek. Spacerujemy chwilę wzdłuż rzeki i kierujemy się do najstarszej i najbardziej interesującej dzielnicy miasta – Alfamy. Tu wznosi się najważniejsza świątynia Lizbony – katedra Sé, której budowa rozpoczęła się już w 1150 roku, choć przez wieki  ulegała licznym modyfikacjom. Żółty tramwaj na tle wież katedry to wizytówka Lizbony pojawiająca się na co drugiej pocztówce czy magnesie na lodówkę. No to też strzelamy fotkę. A co!

20170411_122942.jpg

Łapiemy chwilę chłodu w środku budowli i ruszamy dalej. Wąskie uliczki Alfamy, kręte i stromo pnące się w górę i opadające w dół, są tak klimatyczne, że włóczymy się nimi bez konkretnego celu i chłoniemy atmosferę. Podziwiamy kolorowe malowane ceramiczne płyty, nazywane tu azulejos, którymi pokrytych jest mnóstwo fasad budynków. Czytałem kiedyś, że Portugalczycy umieszczają płytki nie po tej stronie domu, co trzeba. Dzięki temu jednak mnóstwo budynków jest małymi działami sztuki. Płytki różnią się od siebie kolorami i wzornictwem nadając kamienicom niepowtarzalny sznyt.

20170411_111938.jpg

W końcu trafiamy na pierwszy duży punkt widokowy, które nazywane są tu miradouro. Ten konkretny to Miradouro das Portas do Sol. To co chyba dla mnie najpiękniejsze w Lizbonie to jej położenie. Miasto leży na wzgórzach, co z jednej strony wymaga niezłej kondycji przy zwiedzaniu, z drugiej jednak pozwala podziwiać imponującą panoramę miasta z każdego niemalże punktu. Z dołu oglądamy zamek i okalające wzgórza zabudowania, z góry panoramę miasta i niższe jego partie. Widoki zapierają dech a ich rozmiarów nie oddają żadne zdjęcia. Z tarasu Portas do Sol widzimy Alfamę z kopułą Panteonu Narodowego, wieżami São Vicente de Fora i zalewem Tagu w tle.

20170411_130526.jpg

Na placu trafiamy też na muzyczną niespodziankę. Lizbona słynie z fado, ale dla nas to Pink Louds pozostanie muzycznym wspomnieniem wyjazdu. Transwestyta, albo przynajmniej przebrany za kobietę mężczyzna, w sukience w kwiaty, histerycznym piskliwym sopranem śpiewa dzikie wersy do szalonego akompaniamentu rockowo brzmiącej gitary skacząc i zarzucając głową jak pierwszoligowy metalowiec. Takie dziwaczne połączenie Jacka White’a z Devendrą Banhartem na prochach i szaloną japońską gejszą. Czad!

20170411_132407.jpg

Idąc dalej wspinamy się na kolejny punkt widokowy Miradouro da Graca znajdujący się przy kościele o tej samej nazwie. Stąd podziwiamy mury zamkowe i większą część miasta.

20170411_134427.jpg

Jako ze jesteśmy blisko mieszkania, postanawiamy wrócić na chwilę na kawę i odpoczynek. Mapa turystyczna ma jednak tę bezsprzeczną wadę, że nie grzeszy dokładnością i odzwierciedla raczej ogólny zarys terenu niż szczegółowy rozkład ulic, co przy tak nabitej wąskimi uliczkami dzielnicy jaką jest Alfama czyni ją bezużyteczną. Gubimy się więc i kręcimy w kółko i zamiast pięciu minut wędrujemy przez półtorej godziny lądując ostatecznie w zupełnie innej dzielnicy – Intendente. Mamy za to okazję spacerować po tej mniej reprezentatywnej, pełnej pustych zaułków i zniszczonych, pokrytych graffiti murów okolicy miasta.

20170411_140936.jpg

20170411_142406.jpg

20170411_143637.jpg

20170411_141020.jpg

Dzień 3 – Ericeira – plaża, słońce, białe domy

Po kurzu i zgiełku miasta czas na relaks na plaży. W okolicy Lizbony znaleźć można całe mnóstwo urokliwych miejscowości plażowych z Cascais i Estorill na czele. My, kierując się poleceniem znajomej, wybieramy Ericeirę oddaloną o 40 minut jazdy autobusem od centrum miasta. Poruszanie się po Lizbonie nie jest żadnym problemem. Lotnisko połączone jest metrem z miastem, z metrem też łączą się stacje kolejowe i przystanki autobusowe. Z wyjątkiem autobusów wszystkie inne środki transportu – metro, tramwaj, windy, pociągi jeżdżące na krótkie dystanse, promy przeprawiające się na dugi brzeg Tagu – objęte są tym samym biletem. Wystarczy więc kupić kartę za 50 euro centów, naładować dowolną kwotą i korzystając z bardzo czytelnych planów i rozpisek jeździć sobie gdzie dusza zapragnie.

Sama Ericeira to nie tylko raj dla surferów, ale też bardzo urokliwe miasteczko o zabudowie przypominającej tą, która najbardziej kojarzy nam się z Marokiem –brukowane uliczki i białe domki pociągnięte paskami niebieskiej farby.

20170412_150442.jpg

20170412_152807.jpg

My jesteśmy tu jednak dla plaż i te stają na wysokości zadania. Odwiedzamy aż trzy, przy czym pierwsza robi największe wrażenie i na niej spędzamy najwięcej czasu. Nad nami świeci słońce, pod nami miękki piasek, przed nami Ocean Atlantycki, a za nami skalne klify z pieczarami i skapującą wodą. Naprawdę rajska sceneria.

IMG_20170412_172252.jpg

Kopia 20170412_135213.jpg

Niestety, pomimo zupełnie innej prognozy pogody, po dwóch godzinach robi się chłodno i wietrznie (to nasza najgorsza pogoda na tym wyjeździe), więc zawijamy się z plaży.

Mijając niewielki port trafiamy na dwie kolejne plaże, zupełnie inne, choć oryginalne.

Pierwsza z nich od strony lądu oddzielona jest od wznoszących się wyżej zabudowań wielkim skalnym lejem co sprawia, że w połowie wygląda jak arena dla gladiatorów. Tylko ci zamiast walczyć, wylegują się leniwie na piasku.

20170412_152316 (2).jpg

Kolejna leży u stóp zabudowanych domami skał opadających coraz niżej w stronę oceanu. No to jeszcze pyszna rybka w jednej z lokalnych restauracji i wracamy do Lizbony.

Dzień 4 – Alfama i Cacilhas- żółty tramwaj i w objęciach Jezusa

Nie ma takiego przewodnika, bloga, czy informacji turystycznej, w której nie znalazłaby się informacja, że jedną z największych atrakcji Lizbony, której po postu nie można ominąć, jest przejażdżka zabytkowym żółtym tramwajem nr 28, którego wizerunek zdobi tysiące widokówek, magnesów na lodówkę, czy płytek azulejos w każdym sklepie z pamiątkami. Przejażdżka wąskimi uliczkami, strome podjazdy, mijane zabytki miały dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Po prostu trzeba się przejechać. Hm, tylko po co? Skuszeni zachętami, a także tym, że pierwszy przystanek tramwaju znajduje się kilka kroków od naszego mieszkania na placu Marim Monitz… ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce. Nie wiem ile tramwajów przejechało zanim udało nam się dostać do naszego, ale staliśmy w słońcu ponad 2 godziny czekając na swoją kolej. A nawet nie ma jeszcze sezonu turystycznego. Nie wyobrażam sobie, co dzieje się w wakacje.

 

 

Tęsknym wzrokiem patrzyłem na inne tramwaje, niektóre nawet jeżdżące tą samą trasą, do których nie było żadnej kolejki. Ale cóż, nie były żółte. Przynajmniej udało nam się zdobyć miejsca siedzące, a taka była idea stania na pierwszym przystanku. Idea ideą, a rzeczywistość rzeczywistością. Nie minęło wiele czasu, kiedy na kolejnym przystanku do tramwaju weszła kobieta z dzieckiem i natychmiast, z nadzieją w oczach, ruszyła w moją stronę. No cóż, pa pa miejsce siedzące. Trasa może i urokliwa, ale stojąc w ścisku w tramwajowym przejściu widziałem jedynie drewniany sufit pojazdu. Tym samym uznaję oficjalnie przejażdżkę żółtym tramwajem linii 28 za najgorszą, najbardziej przereklamowaną i bezsensowną atrakcję Lizbony. Spokojnie można przejechać się jakimkolwiek innym (zielonym, czy czerwonym) tramwajem w spokoju podziwiając widoki. Jeśli jednak ktoś uprze się na żółty, są dwie opcje. Wejść na drugim przystanku, który również znajduje się na placu Marim Monitz jakieś 100 metrów dalej i nie ma tam żadnych kolejek. Minusem jest to, że na pewno nie będzie miejsca siedzącego. Albo wsiąść na końcu, a nie na początku linii – na przystanku Campo Ourique. Tam nie wsiada prawie nikt (sami wracaliśmy w ten sposób), dopiero w połowie trasy robi się znowu tłoczno.

Po tramwajowym rozczarowaniu postanowiliśmy udać się na drugi brzeg rzeki Tag, żeby spojrzeć na Lizbonę z dystansu. Kilkuminutowa przeprawa promem z centrum i już jesteśmy w Cacilhas, z którego możemy podziwiać jedną z najwspanialszych panoram Lizbony.

20170413_181755.jpg

Nic tylko uwalić się na trawie i „paczać”. A jest co.  Tag, most 25 Kwietnia przypominający ten w San Francisco i  samo miasto wyglądają imponująco.

20170413_160355.jpg

20170413_155548.jpg

IMG_20170413_153937.jpg

Ruszając dalej przypadkowo natykamy się na Elevador da Boca do Vento. Windę, która wywozi nas na wyższe partie, skąd rozpościera się jeszcze lepszy widok i prowadzi droga do miasteczka.

20170413_160922.jpg

20170413_165435.jpg

Oprócz widoków największą (dosłownie) atrakcją Cacilhas jest gigantyczna rzeźba Chrystusa Króla znajdująca się na szczycie wzgórza, wzniesiona w  1959 roku, by wyrazić wdzięczność Portugalii za uniknięcie poważnych zniszczeń w czasie II Wojny Światowej.

 

Sama figura ma 28 metrów wysokości (a więc 5 metrów mniej niż ten w Świebodzinie) ale wraz z piedestałem, który ma 82 metry jest naprawdę spory. Widać go praktycznie z każdego miejsca w Lizbonie, tym bardziej tutaj, więc zamiast jechać autobusem ruszamy pieszo. Idziemy, idziemy, idziemy i idziemy. Coś tak wielkiego może wydawać się blisko, nawet, gdy w rzeczywistości jest cholernie daleko. I był cholernie daleko, a przez to, że droga była kręta, raz zbliżaliśmy się, raz oddalaliśmy. Zasapani jak po maratonie wreszcie docieramy na miejsce. I jeśli pisałem, że z niższych poziomów widok jest imponujący, to z placu, na którym znajduje się rzeźba , że jest prze-imponujący.

Jakby tego było mało, można wjechać jeszcze wyżej – windą, na szczyt piedestału, pod same stopy rzeźby. Kościół, jak to kościół, do tanich nie należy, więc króciutki wjazd windą kosztuje 5 euro (dla porównania jadąca wyżej i bardziej nowoczesna Elevadora da Boca kosztowała nas 1 euro). Nie będę pisał jakie widoki rozpościerają się z samej góry, bo już mi się stopniowanie w języku polskim skończyło. Napiszę tylko, że warto.

Dzień 5 – Sintra jak z bajki

Kolejnego dnia postanawiamy się dostać do Sintry. Miasto leży 30 minut pociągiem od centrum Lizbony. Kolorowe zdjęcia bajkowych zamków kuszą w przewodnikach, a wśród opinii wszystkich odwiedzających Lizbonę pojawia się zdanie „musicie koniecznie zobaczyć Sintrę”. I tym razem nie są to opinie przesadzone. Przeciwnie, Sintra zdecydowanie przekracza nasze oczekiwania sprawiając, że czujemy się jakbyśmy się znaleźli w innym świecie, w innych czasach. Ja tym bardziej szaleję z radości, bo jako maniak fantastyki we wszelkich zamkach i pałacach moja wyobraźnia dostaje świra.

Postanowiliśmy zacząć zwiedzanie od położonego najwyżej pałacu Pena. Na szczyt najwyższego wzgórza w Sintrze, na którym znajduje się pałac (który widać z każdego niemal zakątka miasta) można wjechać autobusem ruszającym spod samego dworca. Spojrzałem na przystanek i ugięły mi się nogi, a przed oczami stanął wczorajszy tramwaj. Kolejka do autobusu była jeszcze większa niż do niego.

20170414_114619.jpg

O nie, dzisiaj nie będziemy stać. Szkoda czasu. Do kolejkowiczów (jak wczoraj zresztą) podjeżdżali kierowcy tuk tuków i samochodów oferując podwózkę. Z natury nieufni ludzie nawet ich nie słuchali – wiadomo, kierowcy to naciągacze i będzie dziesięć razy drożej. My posłuchaliśmy i błyskawicznie wsiedliśmy do pięknego garbuska cabrio. Za podwiezienie na górę zapłaciliśmy po 5 euro od główki. Autobus kosztował – 5,50! A w dodatku nasz kierowca okazał się bardzo rozmowny i zarzucał nas ciekawostkami i mieście. A to, że ma specyficzny mikroklimat, który pozwala rosnąć roślinom niespotykanym w innych częściach Portugalii (i rzeczywiście, oprócz zamków i pałaców Sintra to niemalże zielona dżungla). A to że miasteczko liczące 33 tysiące mieszkańców odwiedza rocznie 5 milionów turystów! A to, że Hans Christian Andersen zauroczony Sintrą znajdował tu inspiracje do swoich baśni. Sintra od niemal 1000 lat była ulubionym miejscem letniego wypoczynku władców Lizbony, więc na każdym kroku budowali zamki, pałace, letnie rezydencje i klasztory. I to prawda. Gdzie nie spojrzysz – imponująca budowla.

DSC00740.JPG

Weszliśmy na teren pałacu bocznym wejściem, gdzie kolejka po bilety (8 euro ogrody, mury i tarasy pałacu, 14 euro z wchodzeniem do środka) była podobno mniejsza niż przed głównym wejściem, ale i tak 30 minut trzeba było odstać. Potem około 15 minut wspinaczki przez cudownie pachnący, pełen gęstej roślinności ogród, nieprzypominający w ogóle pałacowych ogrodów z bukietami kwiatów i równo przystrzyżonymi żywopłotami, a raczej tropikalny las, i dochodzimy do wrót pałacu. Palacio Nacional De Pena wygląda jak z bajki. Jak dzika fantazja szalonego architekta, który nie rozróżnia kolorów i wali farbą jak popadnie, miesza style i epoki. Jaskrawe kolory, fantazyjne wieże i kopuły, przepych. Choć wpisany jako część krajobrazu Sintry na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, będący jednym z 7 cudów Portugalii a w 2015 roku wybrany najpiękniejszym zamkiem na świecie, nie wszystkim się podoba. Dylemat Cudo czy Kicz pozostaje nierozstrzygnięty. Dla Marzeny kicz, dla mnie cudo. Jedynie ilość turystów na zamkowych murach psuła wrażenie. Z daleka wyglądało to jak zamek- zabawka obleziony cały przez mrówki. Ale cóż, my też turyści. Narzekać nie ma co.

20170414_132832.jpg

20170414_133042.jpg

20170414_134717.jpg

20170414_135616.jpg

Obchodząc zamek dookoła można podziwiać panoramę Sintry z każdej strony, z widokiem na Lizbonę w oddali włącznie. I na ruiny zamku Maurów wznoszące się na niższym ze wzgórz.

20170414_152422.jpg

20170414_134414.jpg

Początkowo planowaliśmy go ominąć, bo i tak nie sposób zobaczyć wszystkiego w jeden dzień, ale skuszeni widokami decydujemy się do niego zawitać. Schodzimy w dół zbocza i znów wspinamy się na następne. Nasze nogi lekko już dają o sobie znać, a jeszcze wiele kilometrów przed nimi.

Zamek Maurów wart był odwiedzin (i kolejnych 8 euro za bilet, za to tylko 15 minut w kolejce). Choć zbudowany na przełomie VIII i IX wieku zamek dziś jest już ruiną, to jednak świetnie zachowały się spore części murów obronnych z niektórymi wieżami. Spacer po nich znów dostarcza niezapomnianych wrażeń krajobrazowych, z widokiem na zamek Pena na czele.

20170414_151557.jpg

20170414_151823_HDR.jpg

DSC00715.JPG

W międzyczasie zrobiło się już dość późno i wiedzieliśmy, że nie obejrzymy wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy. Wybraliśmy bajkową Quinta da Regaleira. To co ze szczytu góry wydaje się blisko (bo przecież widać) niekoniecznie jest takim w rzeczywistości. Droga na piechotę przez wzgórza, a później miasto okazała się skrajnie męcząca i na miejsce dowlekliśmy się resztkami sił. Nie wiem ile zrobiliśmy kilometrów dzisiaj po górzystym terenie, ale wiem, że nie przeszedłem takiego dystansu w jeden dzień jeszcze nigdy. Żeby być szczerym, to chyba więcej niż w Krakowie przechodzę w miesiąc (albo dwa). Ale warto było. Po kilkunastominutowym odpoczynku w… kolejce, weszliśmy na teren posiadłości.

Centralnym budynkiem Quinta da Regaleira jest piękny, choć niewielki pałac…

20170414_173649_HDR.jpg

IMG_20170414_173652.jpg

… ale atrakcji jest tu zdecydowanie więcej. Żeby wszystko ogarnąć , warto wyznaczyć sobie trasę posługując się mapką, którą dostajemy przy zakupie biletów. Wielki czterohektarowy ogród okalający rezydencję usiany jest gęsto różnego rodzaju atrakcjami – zabytkową kaplicą, sztucznymi zbiornikami wodnymi, fontannami, ozdobną bramą, wieżami, czy rzeźbami, a także piękną roślinnością.

20170414_174659.jpg20170414_173209_HDR.jpg

Ale to, co przyprawiłoby o szybsze bicie serca każdego miłośnika zabawy w chowanego, są tunele wykute w znajdujących się tu skałach, do których prowadzi kilkanaście wejść, a które obejmują groty, jaskinie, podziemne jeziora i wodospady. Możne przedostać się nimi z jednego miejsca w drugiego, w totalnej ciemności (bez latarek w telefonach nie byłoby szans).

 

Niesamowita jest też Studnia Wtajemniczenia. 27 metrów w głąb ziemi, które można pokonać schodząc krętymi schodami okalającymi studnię. Budowla miała służyć  celom obrzędowym, a jej konstrukcja złożona z 9 segmentów nawiązywała do dantejskiego zejścia di piekieł. Widok z góry i z dołu jest fantastyczny. Ze studni, siecią tuneli, można przedostać się w inne części kompleksu.

 

Po wyjściu zrobiła się 21, a brzuchy zaczęły nam przypominać, że w środku nie ma już śladów zjedzonego dawno temu śniadania. Nie mamy czasu na restaurację, więc połykamy jakieś parszywe przekąski i wsiadamy do pociągu do Lizbony.

Ten dzień, choć męczący, był pełen wrażeń. Sintra to podróż do innego świata i innych czasów. Zdecydowanie warto spędzić tu więcej niż jeden dzień, żeby wszystko spokojnie obejrzeć. Jeśli tylko przylecimy jeszcze do Lizbony, na pewno odwiedzimy też ponownie jej bajkowego sąsiada.

Dzień 6. Widoki, widoki, widoki

Dziś rozpoczęliśmy dzień od zdobycie zamku. Praktycznie nie ma takiego miejsca w starym centrum Lizbony, z któro nie byłoby widać zamku Św. Jerzego, wznoszącego się na najwyższym z siedmiu wzgórz miasta i górującego nad Alfamą. Dojście zajmuje nam około 10 minut (ach, nie mogę się nacieszyć tą naszą lokalizacją). Po drodze mijamy taką oto instalację artystyczną (tak, to sztuka, nie slumsy).

20170415_124617.jpg

Po czym nadziewamy się na kolejkę zakręcającą wzdłuż wąskiej uliczki prowadzącej do zamku. Na szczęście idzie sprawnie, więc po kilkunastu minutach jesteśmy na ogromnym zamkowym dziedzińcu (wstęp płatny, 7,5 euro).

Sam zamek nie stanowi jakiejś oszałamiającej atrakcji (nawet dla wielbicieli zamków). Zamek pochodzi z początków XII wieku, kiedy został zbudowany na fundamentach poprzedniej budowli i, jak wiele warownych konstrukcji w tym rejonie, został wzniesiona przez Maurów. Z tamtych czasów niewiele jednak pozostało. W 1755 trzęsienie ziemi, które zniszczyło sporą część dawnej Lizbony, przyczyniło się do jego upadku. Prace renowacyjne rozpoczęły się dopiero w latach trzydziestych XX wieku i od tamtych czasów zamek stał się atrakcją turystyczną.  Najlepiej prezentują się mury obronne z licznymi wieżami, które jednak odbudowane mają niewiele ponad 60 lat, więc właściwie zabytkiem nie są.

 

20170415_141058.jpg

To co w środku nie stanowi więc szczególnej atrakcji, za to stanowi ją to, co na zewnątrz. Robiąc sobie spacer wokół zamku po murach obronnych i wspinając się na jego liczne wieże, można podziwiać z wysoka piękną panoramę Lizbony właściwie z każdej strony. Zamek stanowi więc kolejny z licznych punktów widokowych miasta.

20170415_135343.jpg

DSC00759.JPG

Dodatkową atrakcję stanowią liczne pawie, które umościły się jednym z drzew znajdujących się na terenie zamku.

20170415_142111.jpg

Jako że pięknych widoków nigdy dość, udajemy się  na kolejny znany punkt widokowy – Elevadora de Santa Justa. Olewamy mapę i decydujemy się na spacer po krętych uliczkach Alfamy. Przecież wiemy, w którą stronę mamy się kierować, a do celu nie jest daleko. Efekt? Po 20 minutach krążenia jesteśmy dokładnie w tym samym punkcie przed wejściem do zamku od którego zaczęliśmy. Za to po drodze mamy okazję oglądać wiele kolejnych przykładów fantazji mieszkańców Lizbony w dekorowaniu swoich domów azulejos.

20170415_143338.jpg

20170415_143852.jpg

Po raz drugi już doświadczmy, że przewodniki prawdę mówią- Alfama jest swego rodzaju labiryntem. W końcu jednak udaje nam się z niego wyplątać i znajdujemy właściwy kierunek. Po drodze trafiamy na windę, która „ściąga” nas  do dzielnicy Baixa. Niesamowite jest to położenie Lizobony. Jesteś na chodniku w jednej z dzielnic, wchodzisz do windy i po kilku piętrach pionowej jazdy w dół, wychodzisz na chodnik w innej dzielnicy. I właśnie do kolejnej windy zmierzamy, bo Elevadora de Santa Justa to winda właśnie. Z tym że niczym nie przypomina miniaturowych przeszkolonych kabin, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Skonstruowana przez ucznia Gustave’a Eiffela w 1902 roku, podobnie jak najsłynniejsze dzieło wspomnianego, jest kupą żelastwa, posiadającą jednak swój niezaprzeczalny urok i futurystyczny wygląd. Winda łączy kolejne dwie dzielnice Lizbony – Baixę z Bairro Alto, wznosi się na wysokość 32 metrów, wjazd kosztuje 5 euro (taniej, bo za 1, 25, jeśli posiada się kartę komunikacji miejskiej), a potem można wspiąć się jeszcze na najwyższy punk widokowy krętymi schodkami, kilkanaście metrów na windą.

20170413_184620_HDR.jpg

Widząc kolejkę wijącą się jak najdłuższy wąż świata w różne strony, zrezygnowaliśmy z przejazdu. Wystarczy, że daliśmy się nabrać na żółty tramwaj. I gorąco polecamy takie rozwiązanie. Zamiast czekać i tłoczyć się w kabinie zapakowanej ludźmi jak sardynkami, możne albo wejść na górę obchodząc otaczający windę kwadrat budynków, albo… wjechać zwykłą, bezpłatną i pustą windą  znajdującą się nieopodal. Tak czy siak można dostać się dokładnie w to samo miejsce, gdzie pasażerowie Justy są wypuszczani i za 1 albo 1,5 euro wejść schodkami na wspomniany punkt widokowy – Miradouro de Santa Justa.

20170415_152955.jpg

20170415_153441.jpg

DSC00775.JPG

Platforma, oprócz  widoku na Baixę i całą Lizbonę pozwala od góry zajrzeć do ruin klasztoru Karmelitów (Convento do Carmo ). Klasztorny kościół, zbudowany w XIV wieku był największym w mieście. W 1775 roku, kiedy w środku odbywała się msza, sklepienie runęło na modlących się. Dziś kościół pozostaje w formie trwałej ruiny, nie odbudowany, by przypominać o dawnej tragedii.

20170415_153601.jpg

Nacieszywszy oczy widokami wsiedliśmy w metro, żeby zmienić trochę kolorystykę otoczenia na zielony i pojechaliśmy do położonej na północy, nowszej części Lizbony, żeby zalec pod słonkiem w parku Eduardo VII.

20170415_170454.jpgWróciliśmy pieszo, pokonując długim, szerokim i słynnym bulwarem –  Avenida de Liberdade. Ulica ma aż 90 metrów szerokości, ale prócz przyjemnego cienia rosnących wzdłuż bulwaru drzew i dziesiątek najdroższych sklepów znanych projektantów mody, nie ma tam nic specjalnego. Za to u końca ulicy, w jednym z barów na świeżym powietrzu spotkała nas kolejna miła niespodzianka muzyczna. Zwabiony tym, że jakaś kapela śpiewa na ulicy „Bullet In the Head” Rage Against The Machine, pobiegliśmy w kierunku dźwięków. I trafiliśmy na koncert, który wyglądał jak moja prywatna lista przebojów – The Doors, Queen, Rolling Stones. A wszystko wykonane mega profesjonalnie, nie przez podwórkowy cover band, a kapelę grającą swoje aranżacje, długie solówki instrumentalne, momenty jam session. Wow! Gdyby taka ulica wybrzmiewała na ulicach Krakowa na pewno częściej bym spacerował 🙂

20170415_180134.jpg

Dzień 7 – wieże, kremówki i kolejka donikąd

Ostatni dzień naszego pobytu w Lizbonie postanowiliśmy spędzić w oddalonej nieco od centrum, leżącej nad rzeką Tag dzielnicy Belem. Wieża Torre de Belem, klasztor Hieronimitów, Pomnik Odkrywców, zielone ogrody, wszystkie te atrakcje leżą w odległości kilku minut spaceru.

Zaczynamy od imponującego, wielkiego klasztoru Hieronimitów.

20170416_124813.jpg

20170416_125157.jpg

Przywykliśmy już, że jak się chce gdzieś wejść, trzeba swoje odstać, więc bez narzekania ustawiamy się karnie w długaśnej kolejce do wejścia. I jak już odstaliśmy swoje pół godziny, jakie było nasze zdziwienie, że wcale nie staliśmy w kolejce do klasztoru. Zachowaliśmy się trochę jak bohaterowie filmów Barei prześmiewającego czasy PRL. Jest kolejka, to stajemy. Ale klasztor, w związku ze świętami, jest zamknięty, a kolejka była jedynie do kościoła Santa Maria, który stanowił jego część, a wzięła się stąd, że w środku odbywała się msza i puszczano tylko po kilka osób. Gdybyśmy o tym wiedzieli, wystarczyło przyjść 40 minut później i wejść z marszu J Cóż, obejrzeliśmy kościół od wewnątrz, a klasztor od frontu, podziwiając jego gigantyczną fasadę i ruszyliśmy nad brzeg rzeki Tag, naprzeciwko zabudować klasztornych, gdzie wznosił się wielki Pomnik Odkrywców.  Wysoka na 52 metry rzeźba powstała w 1960 roku. Na pokładzie tej betonowej karaweli stoją podobizny wybitnych żeglarzy i podróżników, z Magellanem i da Gamą na czele.

20170416_142912.jpg

20170416_142822.jpg

W środku znajduje się winda, którą można wjechać na znajdujący się na szczycie taras widokowy i podziwiać panoramę Belen i klasztor Hieronimitów w całej okazałości.

20170416_140907.jpg

 

Chwila relaksu nad wodą i ruszamy dalej.

20170416_142241_HDR.jpg

IMG_20170416_141828.jpg

20170416_142012.jpg

Kilka minut spaceru wzdłuż nadbrzeża i dochodzimy do kolejnej wizytówki tej eleganckiej dzielnicy – wieży Torre de Belem.  Przepiękna konstrukcja militarna zbudowana w XVI wieku na rzece Tag, żeby bronić portu. Dziś woda nieco się cofnęła, więc wieża stoi bardzo blisko lądu i można do niej wejść pokonując krótki mostek nad płytką wodą. To znaczy, może kto może. My nie możemy, bo, podobnie jak klasztor, wieża dzisiaj zamknięta. Trudno, z zewnątrz też prezentuje się prześlicznie. 20170416_150129.jpg

Portugalczycy uwielbiają słodycze. Pastelerie, czyli kawiarnio – cukiernie znajdują się na każdym kroku. A ta najsłynniejsza z nich, jest właśnie tutaj. Tak jak Wadowice słyną z kremówek, tak Belem ma swojebabeczki z kruchego ciasta francuskiego i masy budyniowej Pasteis de Belem. Wyglądające tak samo produkty można kupić w całej Lizobnie (a jak się później okazało również w Hiszpanii, czy krakowskiej… Biedronce!), ale produkowane według innej receptury i sprzedawane pod nazwą Pasteis de nata. Te oryginalne można zakupić tylko w cukierni Antiga Confeitaria de Belem, najsłynniejszej portugalskiej pastel arii, która działa od 1837 roku. Choć kawiarnia z zewnątrz wydaje się niewielka, to jednak mijając ladę, przy której liczni ekspedienci sprzedają wypieki na wynos, trafiamy na ogromną przestrzeń podzieloną na kilka dużych sal wypełnionych, w większości zajętymi, stolikami. Cukiernicy krzątają się nosząc tysiące babeczek na tacach dla siedzących w lokalu i ustawionych w długiej kolejce na zewnątrz spragnionych słodkich rozkoszy klientów.

20170416_124134_HDR.jpg

To się nazywa marketing. Zupełnie jak kolejka do lodów na Starowiślnej w Krakowie, czy zapiekanek „U Kędziora” na Kazimierzu. Wybór zapiekanek na Kazimierzu jest ogromny i możne je kupić od ręki. Co więcej, te u Kędziora wcale nie są, moim skromnym zdaniem, najlepsze.  Ale turyści wolą stać w długaśnej kolejce do tego jednego okienka, które zapewne zostało opisane w ich przewodniku jako „najlepsze zapiekanki w Krakowie.”

Podobnie jest w Belem, gdzie choć podobne produkty można kupić od ręki na każdym kroku, a te „de Belem” dodatkowo kosztują ponad dwa razy więcej niż babeczki w „normalnych” cukierniach, to kolejka chętnych nie znika przez cały dzień. Cóż, tajna receptura, to w końcu tajna receptura. Każdy chce porównać. My też. Efekt porównań 1:1. Marzenie rzeczywiście te smakują bardziej, ja wolę wszechobecne „podróbki”, pasteis de nata, bo są słodsze 🙂

20170416_160037.jpg

Zaaplikowawszy sobie zacną porcję cukru ruszamy dalej. Szukając w Internecie pomysłu na spędzenie ostatniego popołudnia w stolicy Portugalii i podpytując znajomych, wielokrotnie pojawia się hasło LX Factory, czyli serce hipsterskiej strony tego zabytkowego miasta. Idziemy pieszo, bo trasa wzdłuż nadbrzeża jest bardzo przyjemna. Jednak o wiele dłuższa niż się wydawała na pierwszy rzut oka, więc co rusz robimy sobie postoje chłonąc klimat nadbrzeża.

20170416_163247.jpg

W końcu, powłócząc nogami, przechodzimy podziemnym przejściem przypominającym galerię graffiti…

20170416_165531.jpg

20170416_165612.jpg

i przez designerską bramę wkraczamy do innego świata.

LX Factory, to taka portugalska wersja krakowskich Dolnych Młynów.  Teren przędzalni i fabryki tekstyliów został niemalże w całości pokryty graffiti i przerobiony na modne industrialne knajpki i bary ze zdrową żywnością, oryginalnymi drinkami, czy burgerami. Czyli tym, czym żywi się modna młodzież na całym świecie. Każda urządzona oryginalnie, przyciąga dziwaczną aranżacją wnętrz, często pozostałościami po tym, co mieściło się tu wcześniej (jak Zinger na Kazimierzu i jego nieśmiertelne maszyny do szycia).

20170416_172913.jpg

20170416_170600.jpg20170416_171725.jpg

W sąsiedztwie knajp sklepy z rękodziełami i oryginalnymi towarami, które też sprzedawane są na kramach ustawionych wzdłuż głównej alejki kompleksu. Wśród nich największe wrażenie robi księgarnia „Ler Devagar”, założona w byłej drukarni, gdzie książki ustawione są pod sam sufit, górne partie zajmują ekspozycje związane z pracą drukarni, a pod sufitem zwisają rowery.

20170416_170816.jpg

Średnia wieku niższa niż nasza, więc czujemy się lekko stetryczali, ale powoli się do tego przyzwyczajamy na wszelkiego rodzaju festiwalach i innych miejscach dla „młodych”J

Dzień 8 – pożegnanie

Ostatni poranny spacer po okolicy, zakupy pamiątek dla najbliższych i czas pomachać na dowidzenia. Lizbona nas porwała. Miasto, które praktycznie w całej okazałości można oglądać z wybranego punktu, pełne imponujących zabytków, zdobionych azulejos kamienic, klimatycznych uliczek i kolorowych tramwajów. Miasto zdecydowanie do spacerowania. Dlatego z pewnością wrócimy tu jeszcze, tym razem bez konkretnego planu miejsc do zobaczenia, a tylko po to, żeby szwendać się bez celu i chłonąć atmosferę.

20170416_150359_HDR.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s